Są takie dni, kiedy nie czuję niczego – wtedy nie potrafię marzyć, nie potrafię nawet podnieść się rano z łóżka. Jakaś ciemna moc przytrzymuje mnie przed zrobieniem jakiegokolwiek ruchu.
W takie dni nie potrafię nawet spać i nie wiem co z sobą zrobić. Chciałbym zamknąć się w ciszy i przeczekać, aż znów dopadnie mnie twórczy duch, nazwijmy go Ruah, bo jest to tchnienie, tchnienie Boga… bo wtedy wracam do życia.
ruah
•June 1, 2009 • Leave a CommentLustrzane odbicie
•May 4, 2009 • Leave a CommentKsiądz Grzesiek robił właśnie porządki w swojej skromnej biblioteczce na plebani, kiedy zjawił się Konrad. x.Grzesiek pracował wtedy w pobliskim liceum (do którego uczęszczał również Konrad) i zwykle miał wielu młodych gości, z którymi prowadził dysputy na przeróżne tematy. Starał się wraz z nimi doszukiwać odpowiedzi na trudne pytań.
Układając podręczniki teologii x.Grześka, Konrad natrafił na zbiór esejów traktujących o grzechu. Pod wpływem impulsu, zapytał:
- Jak to jest, że mimo iż wiemy, że coś jest złe, robimy to? Dlaczego nikt nie przestrzega nad przed złem?
x. Grzesiek w odpowiedzi wręczył mu książkę, która wcale nie należała do wykładów teologicznych i powiedział by przyszedł po przeczytaniu jej.
Kilka dni później chłopiec znów zawitał w mieszkaniu księdza.
- Czy znasz już odpowiedź na swoje pytanie? – spytał x. Grzesiek
- Poniekąd. Chociaż nie wiem dlaczego uważasz, że Oskar Wild jest odpowiedni do udzielania tego typu odpowiedzi.
- Wyobraź sobie, – zaczął x.Grzesiek siadając wygodniej w fotelu – że hrabia Henryk jest ucieleśnieniem wszelkiego dobra. Na początku lubimy Henryka. Zawsze będziemy go lubili.
- Przesiąknięty jest cynizmem – przytaknął Konrad – ale może się podobać.
- Jesteś nim zafascynowany – stwierdził x.Grzesiek zgadując myśli Konrada.
- Kto nie byłby? Nawet Dorian powiedział „Hary w dzień opowiada niewiarygodne rzeczy, a wieczorem popełnia rzeczy niewiarygodne. Zupełnie tak, jakbym ja pragnął żyć.”
- Zgadzasz się z nim?
- Naturalnie.
- Henryk wywiera wpływ na rozmówcę – x.Grzesiek podniósł ze stolika książkę i przerzucił kilka stron. – Tylko nieliczni potrafią mu się oprzeć.
- Masz na myśli Bazylego?
- To artysta, jemu wystarczy miłość.
- A Dorian?
- Jest niewinny, nie zna zła – zatrzymał się jakby powiedział coś nie tak, po czym poprawił się. – To znaczy na początku go nie zna. To dlatego Henryk mu tak imponuje. Wpaja mu swój światopogląd.
- Jest interesujący. Wszystko co mówi Henryk jest interesujące.
x. Grzesiek przytaknął wciąż przerzucając kartki ksiązki.
- A sumienie? – pytał dalej chłopak – Wy księża zawsze mówicie o sumieniu.
- Sumienie jest obrazem nas samych – westchnął ciężko. – To ono odbija nasze występki.
- Racja, Dorian patrząc na obraz postanawia się zmienić.
- Ale tego nie robi – zauważył x.Grzesiek
- Bo zjawia się Henryk. Henryk pomaga mu zapomnieć o smutku.
- I Dorian podąża za tą przyjemnością – odłożył w końcu książkę. Zmarszczył czoło – Co więcej, tkwi w tej przyjemności.
- A zmienia się obraz, jest tak brzydki, że nie może na niego patrzeć.
- To usypianie sumienia, – wytłumaczył – albo nie zwracanie na niego uwagi. Zauważ, że Dorian trzyma obraz pod kluczem.
- Ale było przecież wiele momentów, w których chciał się zmienić – próbował bronić Doriana – Przecież nie raz patrzył na obraz szukając w nim pozytywnych zmian.
- Ale było to złe dobro. Wspomina o tym Henryk. W jego hedonizmie nie określa się grzechu grzechem. Grzech to tylko przyjemność, na którą zasługuje żyjący. A sumienie czyni z nas tylko egoistami, bo bycie grzesznikiem potęguje naszą próżność – tak mówił. Możemy to nazywać znieczuleniem, bo wydaje nam się, że grzech popełniany wielokrotnie przestaje być grzechem.
- Dlatego dobre uczynki Doriana nie odnoszą skutku?
- Dorian dobrym uczynkiem nazywa mniejsze zło. Popełnia je tylko ze względu na siebie.
- Ale w końcu jest tego świadomy.
- Tak, w końcu to sobie uświadamia. Ale to tylko potęguje samodestrukcję.
- Chcesz powiedzieć, że chociaż wie, co jest grzechem i chociaż chciałby się poprawić, nie uda mu się?
x. Grzesiek kiwnął głową.
- Dlaczego?
- Bo odrzucił ostatnią możliwość poprawy. Odtrącił wyciągniętą do niego rękę, a wiesz, że czasami sam nie jesteś wstanie podnieść się z upadku. Bóg dał nam sumienie po to, żeby pomagało nam naszych wyborach. To człowiek decyduje się czy będzie słuchał sumienia, czy woli słuchać pragnienia.
Urwał na chwilę. Pociągnął łyk herbaty ukradkiem zerkając na gościa.
- Dorian – powiedział w końcu – popełnił największy błąd, chciał zabić własne sumienie. Nie wiedział tylko, że zabijając sumienie zabije samego siebie.
Chłopiec pogrążył się w milczeniu.
- Czasami – mruknął podsumowując słowa x.Grześka – grzech jest tak fascynujący, że nie możemy mu się oprzeć.
- Nawet sumienie nie jest w stanie cię powstrzymać – zgodził się x.Grzesiek. – Ale zanim go popełnisz, pomyśl przez chwilę, jak będzie wyglądała twoja dusza po fakcie.
dream
•April 19, 2009 • Leave a CommentMiałem dziwny sen, śniła mi się zbrodnia, krwawy obraz namalowany akwarelą przecinał mój błogi spokój. Chciałem krzyczeć, rzucałem się niespokojnie nie mogąc wydobyć dźwięku.
Dopiero po chwili scena ta przemieniła się w inną. Zobaczyłem niebieski płomień i białe zasłony marmurowego pokoju. Raz jeszcze ogarnął mnie spokój. Ta scena wydała mi się najpiękniejszą…
Będą ją wspominał jeszcze wiele razy.
„Na Boga, milcz i odczep się od mej miłości”
•April 17, 2009 • Leave a CommentO miłości pisano wiele, w rożny sposób. Od tej pięknej – amour courtois – miłości dwornej, reprezentowanej w literaturze przez (jednego z najlepszych bohaterów kina akcji) Tristana i Izoldę, przez wybiórczo sensualną, aż do dzisiaj – wulgarnej, odpychającej wręcz, której w ogóle trudno miłością nazwać.
Powiadają (a powiedział to nie kto inny jak św. Paweł w liście do Koryntian), że miłość jest największa. I pewnie miał rację, zważywszy, że mówił o miłości ponadzmysłowej – taką miłość nazywa się również przyjaźnią. To jest już pewna relacja zachodząca na poziomie (nazwijmy go:) meta.
Angielski poeta pisze, że miłość jest właśnie najważniejszą cząstką ludzkiego życia – mówi: ty możesz mieć tytuły, możesz mieć ziemie, wielkie bogactwa, ale ja mam coś większego, ja mam miłość, która nikomu nie zawadza, która nikomu nie czyni szkody. W dalszej części porównuje kochanków do błogosławionych – i chyba coś w tym jest (przychodzi mi na myśl ostatnia beatyfikacja pary małżeńskiej).
Temat miłości królował na spotkaniu zespołu literackiego UTW, które odbyło się ostatnio w siedzibie Uniwersytetu.
W miłej atmosferze, przy filiżance herbaty i tradycyjnym ciasteczku, Seniorki – miłośniczki poezji odczytywały wiersze znanych polskich poetów XX wieku. Wśród nich pojawili się m.in. Herbert, Szymborska, nie mogło oczywiście zabraknąć ks. Twardowskiego, z jego „śpieszmy się kochać ludzi…”.
Można by długo rozmawiać o samym życiu poetów (:wyciągać brudy), a skupiając się na samej poezji możemy odkrywać jej piękno i (właściwie) tylko piękno – bo każda poezja jest na swój sposób piękna. Na szczęście są jeszcze ludzie, którzy o niej pamiętają. Jest ich niewiele, ale to nic – prawdziwa poezja rodzi się w kawiarniach, przy kawie…
nieudawany
•April 10, 2009 • Leave a CommentSzedłem ulicą uśmiechając się do siebie.
Usłyszałem śmiech. Widziałem jak śmieje się ze mnie. Ale mogłem Mu wybaczyć – był to dobry śmiech. Był to śmiech ojca, który cieszy się naiwną radością dziecka.
„Nie bój się.”
Caravaggio – mistrz światłocienia.
•April 4, 2009 • Leave a Comment Przenieśmy się na chwilę do XVI wieku… Wybryk Marcina Lutra doprowadził do reformacji. Naturalnie, nie możemy tak do końca krytykować Lutra. Przełom kulturowy Europy, który był tego skutkiem musiał nastąpić wcześniej czy później. Już w renesansie, wyidealizowana „Złota legenda” przestała odgrywać większe znaczenie. Pewien bunt przeciwko ogromnym wpływom kościoła, narodził się znacznie wcześniej, a przełom z 1517 roku był już jedynie konsekwencją nagromadzonej goryczy. Otwarło to drogę dla literatury o tematyce świeckiej, która w jakimś stopniu zawsze szła kilka kroków za literaturą religijną, ale teraz można powiedzieć, dogoniła ja, a nawet wyprzedziła nie pozostawiając szans na zwycięstwo. Oczywiście, nawet reformacja nie zdołała w 100 % wyprzeć religii z kultury baroku, o czym będziemy mogli się przekonać już z końcem wieku XVI poprzez kontrreformację, której zadaniem miało być jakoby przywrócenie Kościołowi „należnych mu praw”. Przez nią Kościół szukał prawdziwej religijnej sztuki – tarczy na ataki ze strony protestantyzmu. W Rzymie, jak i w całej Europie, powstają ogromne kościoły i pałace, które potrzebowały obrazów, które mogłyby upiększyć ich wnętrza.
W taką właśnie Europę wchodzi Caravaggio, włoski malarz – jak mówią – pierwszy wielki artysta barokowy. Caravaggio, a właściwie Michelangelo Merisi, malarz-geniusz, awanturnik. Wniósł do sztuki radykalny naturalizm, który łączył bliską obserwację świata fizycznego z dramatycznym, teatralnym użyciem chiaroscuro, gry światła i cienia. Andre Berne-Joffroy, sekretarz Paul Valéry, powiedział o nim:, “Co zaczyna się w dziełach Caravaggia, to po prostu malarstwo nowoczesne”
Wykładem o wielkim Caravaggio, Jacek Pawłucki rozpoczął, miejmy nadzieję, cykl spotkań na UTW poświeconych malarstwu europejskiemu. Przy doborze tematu sugerował się zapewne nie tylko barwną biografią mistrza, ale dziełami (ich stylem, tematyką), jakie Caravaggio po sobie pozostawił – to na nim w końcu wzorowali się wielcy artyści wieków późniejszych.
Słuchacze UTW znają pana Pawłuckiego z jego wcześniejszych wystąpień (a było ich już kilka) i za każdym razem z niezmiernym entuzjazmem czekają na kolejne jego wykłady. Prawda, niecodziennie spotyka się filologa, który tak ciekawie potrafi opowiadać o gramatyce historycznej języka polskiego. Dlatego też, na pytanie „czy przyjdziesz na wykład pana Pałuckiego?”, słuchacze odpowiadają: „rzucam wszystko, na tym wykładzie nie może mnie zabraknąć.”
Jak powiedziała kierownik Jadwiga Skawińska: „jego wiedza, a także przygotowanie merytoryczne, a wreszcie umiejętność przekazania tej wiedzy sprawia, że chciałoby się słuchać w nieskończoność” – myślę, że pod tym względem, można przyznać rację pani kierownik. Już na koniec, w ramach podziękowania, zespół literacki UTW, wręczył prelegentowi pierwszy tomik poezji słuchaczy.
UTW gościł również metodyczki powiatu tomaszowskiego, które zainteresowane działalnością Uniwersytetu, również przybyły na wykład „Caravaggio – mistrz światłocienia”.
W drugiej części środowego spotkania odbyło się podsumowanie konkursów z imprezy ostatkowej, która miała miejsce w tłusty czwartek. Dyplomy-podziękowania wręczono w kategoriach: taniec, super babcia, którą została Maria Cichoń (5 wnuków i 2 prawnuków), oraz super dziadek – Bolesław Wojtas (14 wnuków i 5 prawnuków) oraz konkurs „mikrofon dla wszystkich” z dwiema kategoriami: „śpiewać każdy może” oraz „pół żartem, pół serio”. Gratulujemy wszystkim uczestnikom.
jak spadająca gwiazda
•March 18, 2009 • Leave a CommentRobert Barton będąc w złym humorze nigdy nie tworzy nic pozytywnego. Zwykle jego życie zaczyna się od słowa „upadłem”, żeby w najlepszym wypadku mógł zakończyć je prostym „wstał i wyszedł”.
Piosenka, którą dzisiaj naskrobał na wyrwanej starannie kartce, nosi tytuł „Jak Spadająca Gwiazda”
Widziałem siebie, kiedy nad ranem
W bramie rogowej witają prorocze sny
Na drugim Babilonu brzegu
Usiadłem i płakałem
W niewoli będąc śmiertelnej
Bez nadziei na ratunek
Przeglądałem się w tafli wody
Nawet teraz w promieniach Słońca
Upada jasny niegdyś blask
Jak Spadająca Gwiazda
Wzywałem Boga, prosiłem o dobry deszcz
Wzdłuż Lety błądziłem… ale…
Nie dane mi było cieszyć się
Jej chłodnym smakiem
Zgubiłem sny i nadzieje pogrzebałem
tuż nad jej brzegiem
Nad brzegiem Babilonu
Siedziałem i płakałem
Wspominając trzecie niebo
Ziemski raj człowieczy
Gwiazda zbladła śmiertelnym
Blaskiem obleczona; światłością
Wiem, że nigdy nie pokona Słońca
rise from the sea of flames
•March 8, 2009 • Leave a CommentMówią, że moje wiersze tworzą czarną wizję świata, bez nadziei… może i mają rację (przynajmniej w pewnym stopniu) Ja, chodząc wzdłuż morza, widzę tylko jeden ślad…
Ta piosenka nie ma jeszcze tytuł, ale będzie związana z anielskimi łzami, na które sam czekam nieubłaganie…
Lustro potarganych nieszczęść
Zbite w ręku sączy krew
Ból ten pokrywa samotność
Ból zaklina przyszłe sny
A gwiazdy grają komedię
Drwią widząc ten krwawy deszcz
Ja w deszczu ślepy, niemodny
Czekam aż Bóg zmyje grzech
Falami ognia miotany płonie podły świat
Czeka anielskich łez
Żeby podnieść się z ognia –
Na skrzydłach wzbić się do Dnia
Żeby podnieść się z ognia –
Agni nie osusza krwawych łez
Nie wie, co znaczy płacz
Nadzieja zamiera w bezruchu
Widząc posłańców piekła:
Niszczą mą Twierdzę wspaniałą,
Miecz nie dosięga ich dusz
Przy mnie Wojownik – obrońca
Jego moc nie równa ich
Księżyc ogłasza złą wróżbę –
Umieram na kolanach
now is the time
•March 5, 2009 • Leave a CommentTak, to z pewnością miało tak być. Planowane od początku, ale zawsze z pewną obawą na wykonanie. Pierwszy raz, tak zwyczajnie: „wstał i wyszedł” nie mówiąc nic nikomu, nie patrząc na nic, nie odwracając się, nawet nie mówiąc „żegnaj”. Po prostu: wstał i wyszedł, jakby go tam wcale nie było. Był, ale miejsce to wcześniej czy później zabliźni się jego niepamięcią.
Może ma jakieś „wyrzuty sumienia”, ale wie również, że „czas leczy rany” (czy inne mądre powiedzonko tego typu). Nie będzie wspominał… może… nie będzie.
Tam, gdzie pójdzie, będzie mu lepiej.
